Błędy wykonawcze dekarzy

Ocena: 5
8803

Wiele już było artykułów na podobny temat: czy warto wybierać najtańszego „fachowca” do wykonania pokrycia dachowego? Na przykładzie jednego tylko dachu chciałbym pokazać, jak wiele usterek może później „umilić życie” klientowi, który tak właśnie wybrał.

Odgięta przez śnieg blacha

W czasie swojej wieloletniej pracy, która stała się dla mnie również pasją, miałem okazję poprawiać błędy wykonawcze dekarzy. Jest to stały element naszej praktyki, nielubiany i niewdzięczny, ale ktoś musi to robić. Każdemu może zdarzyć się błąd na dachu, wynikający czy to z niewiedzy, nieznajomości materiału lub po prostu braku wyobraźni, bo czasem to, co wydaje się proste i oczywiste w trakcie pracy, po weryfikacji przez czas i pogodę może okazać się pułapką dla dekarza. Dobrze, jeśli ten przyzna się do usterki i ją naprawi; gorzej, jeśli dach montowała firma-krzak lub dekarz, który nie czuje się odpowiedzialny za bubel i ani myśli go poprawiać.

Nieszczelność w miejscu połączenia koszy nad lukarną

Historia tego dachu wiąże się właśnie z takim „fachowcem”. Przedstawiony dach moim zdaniem nadaje się do rozbiórki i położenia od nowa, klient jednak prosił jedynie o doraźne poprawki i zlikwidowanie najbardziej rażących błędów w sztuce dekarskiej. Przedstawię kilka zdjęć, omawiając jednocześnie jedną z możliwych metod poprawnego wykonania.

Budynek jest dość rozłożysty, ma kopertowy dach z ośmioma lukarnami w połaci i dwoma niższymi dachami o kopertowej konstrukcji, na których zamontowano blachodachówkę. Inwestor poprosił mnie o zlokalizowanie przecieku na dachu, ponieważ na suficie pojawiły się zacieki. Po wstępnych oględzinach dachu nie można było jednoznacznie określić, gdzie cieknie – miejsc potencjalnie odpowiedzialnych za ten stan było mnóstwo! Zwróciłem uwagę na jedną z lukarenek, ponieważ to na jej boku od środka budynku widać było ślady przecieku. Na łączeniu koszy zobaczyłem rozchyloną blachę, wygiętą prawdopodobnie przez osuwający się śnieg. Dziura, która tam powstała, na pewno zbierała wodę prosto pod pokrycie dachowe. Na brzegach blachy widać było ślady cięcia piłą tarczową, która oczywiście jest absolutnie zabroniona do cięcia kolorowych blach oraz pierwsze ślady korozji. Okazało się, że właściwie każda lukarna miała podobny problem, na połączeniu kosz-pokrycie-gąsior wszędzie były błędy widoczne na zdjęciach. Naprawa polegała na wykonaniu nowego kosza, który w górnej części został połączony na rąbek stojący. Część blachodachówki została zdemontowana w celu podłożenia pod nią elementów kosza i jego prawidłowego przykręcenia.

Ślady po pile tarczowej

Nie wiadomo, dlaczego dekarz nie zamontował do końca jednego z gąsiorów (może „zabrakło kawałka”). Był on ewidentnie za krótki w stosunku do długości kalenicy, a takie pozostawienie tego elementu skutkowało nawiewaniem śniegu i wlewaniem się wody pod pokrycie dachowe. Do wszystkich gąsiorów trzeba było po prostu dosztukować brakujące kawałki, a końcówki wprowadzić pod blachę, aby w najprostszy sposób uszczelnić te miejsca. Potrzebowaliśmy także kilku jednomodułowych elementów blachodachówki, aby prawidłowo wykonać połączenia dachu z koszem.

Dlaczego dekarz nie dosztukował kawałka gąsiora?

I tu zaczęła się „przygoda”. Pokrycie leżało już jakiś czas na konstrukcji dachu i zmieniło nieco kolor – co zrobić, aby sztukowane części nie odróżniały się od reszty? Z kawałkiem blachy pojechaliśmy do producenta blachodachówki. Tam na placu magazynowym są końcówki z tłoczni, blachy z reklamacji lub te, które z jakichś powodów nie zostały sprzedane. Magazynier pozwolił nam po prostu pogrzebać w tych stosach blach i szukać podobnej. Jakimś cudem, po 3 godzinach udało się! Dobraliśmy 16 elementów w potrzebnym kolorze. Niestety nie znaleźliśmy takich samych gąsiorów, musieliśmy więc poradzić sobie inaczej. Z jednej strony dachu zdjęliśmy stare gąsiory lukarenek, a na ich miejsce zamontowaliśmy nowe. W efekcie  wszystkie wyglądały więc jednakowo. Po drugiej stronie dachu wykorzystaliśmy te stare elementy, po prostu przycięliśmy je na potrzebne kawałki, które zostały dosztukowane do tych znajdujących się na połaci dachu. W ten sposób wygląd dorabianych kawałków był jednolity z całością, a dach nie robił wrażenia „łaciatego”.

Niedokładnie obrobione boki lukarn

Kolejnym błędem w sztuce dekarskiej okazały się boki lukarenek. Tu brakowało części obróbek przymurowych, a niezabezpieczonymi otworami woda lała się do środka. Również obróbki komina pozostawiały wiele do życzenia, pozostawienie ich bez naprawy to pewny przeciek. W obydwu przypadkach trzeba było wykonać nowe obróbki i zamontować je prawidłowo, odprowadzając wodę na dach, a nie pod blachodachówkę.

Otwory po nietrafionych wkrętach

Zmorą były wszechobecne otwory po „nietrafionych” wkrętach. Mimo że niewielkie, to jednak są to kolejne dziury w dachu. W tym przypadku jedyne, co można było zrobić, to zaślepić je wkrętami lub je zanitować.

Poza tym zrobiliśmy jeszcze nowe pasy nadrynnowe, zapobiegając podciąganiu wody pod poszycie, poprawiliśmy pozostałe kosze, wycinając konieczną przerwę do odprowadzenia wody i gdzie było to możliwe, wypchnęliśmy pozaginaną blachodachówkę.

Tu zmieści się całkiem spory zwierzak


Niestety nie wszystkie usterki dało się naprawić. Nie wiadomo czemu wykonawca przy brzegu rynny obciął fabryczny brzeg blachodachówki z początkowym zakładem. Tu również woda podciekała za rynnę, pod blachę i ciekła po murze. W tym miejscu zrobiliśmy pas nadrynnowy, który z jednej strony wsunięty pod blachę zapobiegał podciekaniu i jednocześnie sprowadzał wodę wprost do rynny.

Dlaczego wykonawca obciął brzeg blachodachówki nad rynną? To wie tylko on sam

Po (aż) tygodniu pracy dach został w miarę możliwości naprawiony, nie będzie przeciekał i zacznie prawidłowo pełnić swoją funkcję ochronną. Ale czy cieszy oko? Wątpliwe… Przez ten czas położylibyśmy pewnie cały, nowy dach.

Naprawiliśmy, co się dało, ale i tak nie jest tak, jak być powinno

Wszystkie wymienione usterki dachu dla większości dekarzy są proste do naprawienia. Prawdopodobnie każdy wykonałby je nieco inaczej, na swój sposób, ale przecież „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”. Ja tylko dodam „jeśli wiadomo, w którą stronę należy podążać”.

Niestety za te wszystkie nauki zapłacił klient, i to podwójnie. A i tak dach nie wygląda, jak powinien.

Tomasz Domżał

 

Źródło: Dachy, nr 6 (150) 2012

 

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ: