Błędy na dachu - geneza Część III

Ocena: 5
6315

W sytuacjach krytycznych, kiedy cokolwiek złego wydarzy się na dachu lub pod dachem, pierwszą brygadą, do której kierowane są roszczenia to dekarze. Można by długo przytaczać powody, które są przyczyną roszczeń inwestora do naprawy lub zwrotu pieniędzy. Niniejszy artykuł jest kontynuacją cyklu i jednocześnie próbą udzielenia odpowiedzi, skąd biorą się błędy na dachu i czy zawsze odpowiedzialni są za nie dekarze.

Inwestor w ramach oszczędności wieńce ściany szczytowej oparł na połówkach bloczka gazobetonowego, zamiast jak w projekcie – połączyć je z wieńcami ścian kolankowych

Skutki w tym przypadku były łatwe do przewidzenia

W poprzednich częściach omówiłem pierwsze dwie grupy przyczyn powstawania błędów: wadliwe projekty budowlane oraz stosowanie nieodpowiednich materiałów i technologii. Niniejszy artykuł zajmuje się kolejnymi przyczynami błędów: samowolami budowlanymi oraz brakiem kwalifikacji zawodowych i odpowiednich do pracy narzędzi. Te dwie grupy przyczyn w sposób szczególny dotyczą właśnie nas, rzemieślników zajmujących się wykonywaniem dachów. Można je nawet nazwać najważniejszymi, bowiem to one są najczęściej przywoływane podczas sporów o wadliwie wykonany dach.

Samowole budowlane
Samowole budowlane dzielę na dwie grupy: te, które dokonywane są na życzenie inwestora oraz te, których dopuszcza się firma wykonawcza. Jakkolwiek czynności te w obydwu przypadkach naruszają przepisy prawa budowlanego, wyodrębniam je, ponieważ inaczej wygląda odpowiedzialność dekarza, który sam jest autorem samowoli, a zupełnie inaczej, gdy zlecono mu wykonanie prac odbiegających od projektu czy wręcz w nim nieujętych.

Przykład fuszerki i samowoli budowlanej

Zmiany dokonywane przez inwestora
Najczęściej problem ten dotyczy budownictwa indywidualnego. Klienci dokonujący zakupu projektów podczas wyboru często kierują się wyłącznie zewnętrznym wizerunkiem budynku, jego wizją artystyczną, kolorem i ceną. Nie zdają sobie sprawy, że pięknie wyglądające rozwiązania wymagają skomplikowanych rozwiązań inżynierskich, dużych kosztów i konieczności zatrudnienia wyspecjalizowanych brygad. Tanie projekty są wręcz pozbawione wizualizacji czy szczegółowych opisów detali. Nie dziwi więc, że inwestorzy nie są w stanie ocenić, czy proponowana przez projekt funkcjonalność odpowiada ich potrzebom. Ocena ta dokonuje się najczęściej w trakcie budowy, kiedy dopiero wymurowana ściana, zamontowana krokiew itd. uzmysławiają, jak inne były oczekiwania inwestora. Wtedy najczęściej inwestor proponuje zmiany, w których niestety nie zawsze uczestniczy architekt czy konstruktor. Dochodzi do sytuacji, w której niewielkie, wydawało by się, przeróbki powodują jednak skutki trudne do przewidzenia. Ktoś zapyta „Gdzie jest kierownik budowy, nadzór itd.?”. Często po prostu go nie ma.

Śmiało można powiedzieć, że nagminną praktyką na polskich budowach jest wypełniane dziennika budowy po wybudowaniu domu. W nielicznych tylko przypadkach przy okazji sporządzania opinii technicznych zdarzyło mi się zobaczyć jakiekolwiek wpisy dotyczące oceny czy odbioru prac ciesielsko-dekarskich. Czy w takiej sytuacji my wykonawcy możemy uniknąć potencjalnych problemów z tym związanych, w szczególności wtedy, kiedy nie mamy wiedzy czy proponowane rozwiązanie nie zawiera wad? Otóż najlepszym rozwiązaniem będzie zawsze poproszenie o pisemną dyspozycję. Wystarczy zwymiarowany odręczny rysunek i podpis inwestora lub kierownika budowy, potwierdzający zlecenie wykonania takich prac. Jeżeli odmówią oni tego, warto zrezygnować ze zlecenia. W przypadku wystąpienia problemów zawiłość i długość procedur wyjaśniających nie są warte zysku, jaki możemy osiągnąć przyjmując pracę bez zastrzeżeń. To jedyna droga, aby uniknąć odpowiedzialności za czyjeś błędy.

Zmiany dokonywane przez wykonawcę
Samowolne zmiany wprowadzane przez wykonawcę to jedna z najgorszych rzeczy, jakie możemy wykonać na budowie. Koledzy – nie zapominajcie o tym, że my jesteśmy tylko wykonawcami! Dobrymi wykonawcami będziemy zaś wtedy, gdy zlecenie wykonamy  perfekcyjnie i zgodnie z projektem. Nie posiadająć odpowiednich uprawnień nie aspirujmy do bycia architektem czy konstruktorem – nawet w przypadku zauważenia w projekcie rażących uchybień. Zmian i poprawek mogą dokonywać wyłącznie osoby uprawnione. To na nich spoczywa odpowiedzialność za dostarczoną dokumentację. Nie poprawiajmy ich na własną rękę. Jeżeli sytuacja taka zdarza się na naszej budowie, zgłośmy ją inwestorowi i kierownikowi budowy. Oczywiście, będąc fachowcami możemy zaproponować własne rozwiązanie, ale pamiętajmy o procedurach wymaganych przy dokonywaniu jakichkolwiek zmian w projekcie.

Jeżeli brak jest „odzewu” ze strony nadzoru budowlanego, to moim zdaniem dla interesu wykonawcy bezpieczniej i lepiej jest wykonać dach z błędem zawartym w projekcie niż samodzielnie dokonywać poprawek. Nawet bowiem w przypadku wystąpienia katastrofy budowlanej wykonawca obroni się. Odpowiedzialnością obarczony zostanie projektant, a w przypadku braku reakcji na nasze uwagi, przez zaniechanie czynności również kierownik budowy. Nawet jeżeli niektórym postępowanie takie wyda się absurdalnym, to zapewniam, że to jedyna skuteczna metoda obrony własnych interesów. Każde odstępstwo od tych reguł sprowadza całą odpowiedzialność wyłącznie na wykonawcę.

Przykład z ze zdjęcia powyżej ilustruje sytuację, o której piszę. Otrzymałem projekt, w którym projektant planując zmianę dachu nie uwzględnił faktu istnienia kominów. Pomylił się i zaprojektował taką a nie inną konstrukcję. Zwróciłem się do niego z prośbą o zrobienie poprawek. Odmówił z powodu rzekomego niezapłacenia przez inwestora za projekt. Z kolei inwestor pomimo uwag nalegał na zakończenie prac. Poprosiłem więc o pisemne potwierdzenie kontynuowania prac związanych z budową dachu zgodnie z projektem i tym sposobem uniknąłem problemów. Murarz, projektant i inwestor bodaj do dzisiaj uwikłani są we wzajemne roszczenia. Ja rozliczony i zwolniony z odpowiedzialności mogę teraz tylko śmiać się z braku rozsądku u tamtych.  

Brak kwalifikacji zawodowych i odpowiednich narzędzi
To najcięższe grzechy firm wykonawczych. Cokolwiek byśmy napisali o genezie błędów na dachu i powiedzieli, że nie zawsze winę ponosi cieśla czy dekarz, to jednak brak kwalifikacji musimy uznać za najczęstszą i podstawową przyczynę konfliktów i roszczeń w sporach „dachowych”. Wielu spyta, jak to w ogóle jest możliwe, żeby zawód cieśli, dekarza czy blacharza mogły wykonywać osoby bez kwalifikacji.
Czy w dobie wysokich technologii, specjalizacji, powszechnej dostępności do informacji i stale rosnących wymagań jakościowych można uprawiać jakikolwiek zawód bez wyposażenia w wiedzę i narzędzia? Praktyka dowodzi, że tak!

Radosna twórczość „dekarza”

O ile możliwość wykonywania wielu zawodów obłożona jest obowiązkiem uzyskania odpowiednich świadectw, dyplomów lub przynajmniej certyfikatów poświadczających kwalifikacje, o tyle zawód cieśli, dekarza czy blacharza może uprawiać każdy. Bez względu, czy wykonujemy naprawę bezcennego zabytkowego dachu, czy układamy deski nad kurnikiem, jedynym kryterium i przepustką do działania w tej grupie zawodowej jest niestety cena oferowanej usługi. Powodów takiej sytuacji jest kilka.

Podstawowym jest brak szkolnictwa przygotowującego do tych zawodów. Samodzielna nauka także jest utrudniona ze względu na chociażby brak podręczników. Lukę w tym zakresie próbowały w jakimś stopniu wypełnić duże firmy produkujące pokrycia dachowe. Co by nie powiedzieć dobrego o takich działaniach, to jednak brak jednolitego systemu i marketingowe nastawienie producentów sprawia, że te pozytywne próby krzewienia wiedzy technicznej mogą być co najwyżej przyczynkiem do procesu nauczania i na pewno nigdy nie zastąpią rzetelnej nauki zawodu.

O ile w sektorze dekarskim coś przynajmniej się dzieje, to sektor ciesielski jeszcze jest w powijakach. Prekursorami nowej edukacji w tej dyscyplinie są jak na razie wyłącznie producenci oprogramowań do projektowania i rozcinania konstrukcji drewnianych. Dzięki nim można zdobyć przynajmniej podstawowe wiadomości dotyczące ciesielstwa. Skoro więc wiedza jest na niskim poziomie, to i praktyka poprzez naśladownictwo takich mistrzów też nie rokuje nadziei i niestety błędne koło edukacji się zamyka.

Dzieło domorosłego cieśli. Jest kwestią czasu, kiedy taka konstrukcja się zawali

Kolejnym powodem pozwalającym funkcjonować partaczom jest kompletny brak jakichkolwiek formalnych wymagań względem firm wykonawczych. Jedynym obowiązkiem jest obowiązek podatkowy, naruszany z resztą nagminnie przez partaczy. System kontrolny naszego państwa bardziej jednak nastawiony jest na tropienie odprowadzających podatki niż na kontrolę szarej strefy, gdzie aż roi się od fuszerki i gdzie odpowiedzialność nic po prostu nie znaczy. Dla przykładu, w Niemczech firmę ciesielską czy dekarską mogą prowadzić wyłącznie osoby z tytułem mistrzowskim w danej dyscyplinie – proste to i skuteczne, ale jakoś w Polsce nikomu to jeszcze nie przyszło do głowy; dotychczas nikt nie zorientował się także, że można na tym po prostu zarobić.

Nic tu do niczego nie pasuje, a woda będzie się lała
do wnętrza, oj będzie!


Tolerowaniu braku kwalifikacji sprzyja również niska kultura budowlana i częsty brak wiedzy u ludzi pełniących funkcje nadzoru budowlanego. Paradoksalnie błędy wykrywane są prawie wyłącznie przez wyedukowanych inwestorów, a nie przez powołane w tym celu służby. Smutny to, ale niestety prawdziwy obraz aktualnej sytuacji na rynku usług dachowych.

Bez komentarza

Szansą na odmianę są powoli odradzające się organizacje branżowe. Poprzez zrzeszanie się próbują one standaryzować działania, przebijać się z inicjatywami do władz, edukować poprzez publikacje, prowadzenie szkoleń, współpracę z producentami i światem nauki, przygotowywać do egzaminów mistrzowskich,  wydawać wewnętrzne certyfikaty poświadczające kwalifikacje zawodowe itd.
Organizacje te dysponują również siecią tzw. orzeczników technicznych. Zainteresowani mogą więc zamówić tam profesjonalną opinię techniczną zarówno przed- jak i powykonawczą, zweryfikować wykonawcę czy po prostu uzyskać poradę. Praktycznie każdy profesjonalny skład budowlany, dostawca czy producent wskaże taką organizację i poda adresy strony internetowej czy telefony kontaktowe.
Cieszy fakt, że coraz częściej inwestorzy i sami wykonawcy korzystają z takich usług, zdając sobie sprawę, że źle wykonany dach nie oznacza, że dom rozpadnie się po dwóch latach, ale że ujawnianie się skutków wadliwie wykonanego dachu to proces trwający często wiele lat. I zawsze jest to bardzo kosztowna niespodzianka.

CDN.

mgr inż. Jerzy Romanow

Mistrz ciesielstwa i dekarstwa
Orzecznik Techniczny
Polskiej Federacji Dekarzy,
Blacharzy i Cieśli
©® www.dach-dom.com

Zdjęcia pochodzą ze zbiorów
Dariusza Nowickiego i Jerzego Romanowa i są ich własnością

Źródło: Dachy, nr 6 (114) 2009

 

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Artykuły ekspertów

- Reklama -

Polecane firmy

Polecamy


 


 

Który model dachówki ceramicznej płaskiej jest Ci najbardziej znany?








GŁOSUJ

Które okna dachowe (Twoim zdaniem) montujesz najszybciej?







GŁOSUJ